|
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
Schizofrenia
"ładna schizofrenia" I co? Da się z nią żyć? Czy dwie osoby w jednym ciele potrafia niezależnie działać czy jedna MUISI zdominować druga?
środa, 25 maja 2011
Być może w dzisiejszym świecie komuterów, pomimo całego rozwoju ludzkości zatracilismy to co najważniesze?
Czemu takie rozmyślania mnie naszyły? Primo: tegoroczna sesja zapowiada się pod znakiem Przystanku Alaska Secudno: tegoroczna sesja bardziej niż wszystkie poprzednie napawa mnie bezsensownością nauki Tertio: istnieją młodzi ludzie, którym nie jest potrzebny prąd, internet czy ciepła woda, i to nie na Alasce lecz w samym środku dużego miasta.
środa, 02 marca 2011
Zaczynając pogoń za marzeniami!
Czas sobie odpowiedzieć na pytanie: co chce w życiu robic? Czas przestać tracić godziny na bezsensowne przeglądnie internetu. Czas zacząc działać w zależności od odpowiedzi na powyższe pytanie. Tak, nadszedł właśnie ten czas. Wiem co chę zrobić. Wiem jak to zrobić. Modlę się tylko aby mój zapał nie upadł przy pierwszym niepowodzeniu. Błagam tego Kogoś na górze bym choć raz wytrwała w swoich postanowniach. Proszę właśnie Jego o siłę, bo znam siebie i wiem jak łatwo się poddaję. Walcz. Walcz Aga. Choć raz w życiu.
!
wtorek, 25 maja 2010
Imię Róży
środa, 19 maja 2010
Dręczyciel, gnębiciel...
sobota, 03 kwietnia 2010
Ścigając niedoścignione.
Chyba nie ma osoby takiej, która nie chciałby być kimś więcej niż tylko sobą. Mieć coś, czego nie mają inni. Być kimś, kim nie jest nikt inny. Robić coś, czego nikt inny nie potrafi. Więc pogdybajmy sobie trochę. Usiądźmy w wygodnym fotelu, spójrzmy na zimowy widok za oknem i pomyślmy co by było gdybyśmy byli najlepsi w tym co robimy. Co by było jakbym nie była tylko zwykłą studentką matematyki, która nierzadko miewa problemy z teorią miary, ale byłabym genialną matematyczką, która potrafi udowodnić każde twierdzenie? Czy wtedy też byłabym taka jaka jestem, czy wkońcu czułabym się spełniona, a może jednak wciąż by mi czegoś brakowało? Czy też może popadłabym w odchłań samozachwytu, albo wręcz przeciwnie zamknąłabym się na cztery spusty? Tak czy owak, to tylko moje gdybania. W żaden sposób nie zanosi się na to bym zdobyła medal Fieldsa. Ale marzyć o nim moge zawsze. Lecz nie myślcie sobie, że z powodu sesji i wyrzutów sumienia, że się do niej nie uczę, naszły mnie myśli o geniuszu matematycznym. Egzaminy sa tak realne, że bez nauki na geniusz nie mam co liczyć, ale za to filmy rozbudzają moją wyobraźnie. I tak oto żeby jeszcze na 2 godzinki odłożyć nieuniknioną naukę postanowiłam obejrzeć film. Żeby nie było, że czas przeznaczony na naukę analizy matematycznej poświęcam bylejakiemu filmowi, wybrałam coś na temat - "Buntownik z wyboru". Ale równie dobrze w miejsce "geniuszu matematycznego" można w tej opowieści wstawić każdy inny ponadprzeciętny talent. Czy urzekł mnie ten film? Musiał. Połączenie świetnego scenariusza z grą aktorską (niech mnie zbiory otwarte pokryją jesli Robin Williams nie jest klasą sam dla siebie) daje naprawde dobry film. Porządnie zrobiony i przedewszytkim niezapomniany. Który stawia twierdzenia bez dowodów. To my sami musimy zmagać się z postawionymi (koniec końców przez samych siebie) pytaniami. Może i jestem już przesiąknięta problemami matematycznymi, i nie wyobrażam sobie studiowania czegość tak płynnego jak nauki humanistyczne, ale to nie jest film wyłącznie dla takich osób jak ja. On nadaje się nawet dla tych co nie wiedzą co to całka. Bo pytania które stawia ten film nie znajdują się w zakresie matematyki, to raczej coś w stylu "mieć czy być".
wtorek, 09 lutego 2010
Zatracony kryminał
Powieści kryminalistyczne są moją małą słabostką. Chociaż nie wiem czy "mały" to najlepszy przymiotnik po przeczytaniu tysięcy kartek powieści Agaty Christie, Doyle’a czy innych przypadkowych kryminałów i powieści detektywistycznych. Do tego dziesiątki odcinków Monka czy ostatnio namiętne oglądanie CSI: Las Vegas. Więc jakby nie patrzeć klasykę kryminalistyki mam opanowaną i dlatego podejmę się wypowiedzi odnośnie najnowszego Sherlocka Holmesa. Po ochach i achach związanych z premierą i aktorami nie miałam pojęcia jak mógłby ten obraz wyglądać. Nie miałam za specjalnych oczekiwań ani tym bardziej uprzedzeń. Ale pomimo tego się zawiodłam. Niby wszytko jest pięknie i ładnie. Dobrze, nawet bardzo dobrze zagrane role, świetne efekty cieszące oczy, pełno akcji. W zasadzie nawet nie można powiedzieć, że to jest zły film. Bo on jest bardzo dobry, ale... ale jest to "ale". Moim pierwszym "ale" była sama postać Sherlocka, drugim zbyt bajeczne przedstawienie XIX-wiecznej Anglii, i trzecim zbyt szybka akcja. Zaczynając od końca: Akcja: do fabuły nie ma sensu się przyczepić, ale sprowadzenie jej do ciągłej pogoni i bijatyk było jak dla mnie błędem; do tego męczące migawki odświeżające pamięć w chwili wyjaśnień stawiają ten kryminał bliżej filmu akcji; zrobił się z tego taki Indiana Jones, film przygodowy dobry jako bajeczka a nie porządny kryminał, wymagający myślenia od widza; tempo nadane przez rozwój fabuły nie pozwalało na jakiekolwiek wątpliwości, zastanowienia i szukania innych możliwych rozwiązań niż te które aktualnie dzieją się przed oczami; poprzez brak chwili wytchnienia film został obdarty z tego co najbardziej lubię w kryminałach czyli z zaskoczenia, nie mogłam się sprawdzić i sama dedukować, bo nie było na to czasu XIX-wieczna Anglia: osobiście nie mam pojęcia jak wyglądały ulice w tamtym czasie ani jak się ubierano, zapewne wygląd został dopasowany do realiów ale jednak wszytko jest owiane bajką; ani przez chwile nie miałam nawet wrażenia, że to się dzieje na prawdę, było zbyt pięknie, zbyt czysto, zbyt teatralnie; takie zabiegi mają swój cel i on sie sprawdza w Harrym Potterze, Władcy pierścieni czy innych filmach gdzie uciekamy do innej rzeczywistości; ale XIX wiek to nie jest inny wymiar, to szara rzeczywistość, a my nagle dostajemy wytwór połączenia współczesności z XIX-wieczną scenografią Holmes: do gry aktorskiej nie mam żadnego zarzutu, jednakże postać Sherlocka jest nierealna; o ile Doyle przedstawił go jako osobę inteligentna i nieomylną tak tutaj dorzucono jeszcze umiejętność sztuk walki, impertynencje i ognisty temperament; to już nie jest Sherlock jakiego znamy, to jest ktoś nowy; czy gorszy? może nie, po prostu inny, ktoś kogo trzeba na nowo poznać, a przecież zasiadałam przed ekranem z nadzieją odwiedzenia starego przyjaciela To są moje osobiste anse i wynikają z czystego przywiązania do powieści kryminalistycznych. Ale żeby niebyło jednostronnie musze pochwalić za postać Watsona. O ile ktoś sie wypowiadał ,że nie mógł się przyzwyczaić do szczupłego "drogiego Watsona" tak dla mnie Jude Law wpasował sie idealnie w tą postać. Nawet mogłabym się skłonić do tego że postać doktora i więź między nim a Holmesm wypadły tutaj lepiej od pierwowzoru. Chociaż może to tez wynik przedstawienia głównych bohaterów jako pięknych i młodych, co znowu prowadzi nas na manowce bajki. Tak więc: realizmu za grosz, fortuna efektów, bogactwo akcji i... kolejna dobra komercja.
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Aaaaaaaa!
Będąc dzieckiem... młodszym dzieckiem, jakieś parę lat temu widząc współczesny polski film nie będący komedią wręcz uciekałam sprzed ekranu. Może to był wynik mojego młodego wieku a może faktycznie wtedy nie było na co patrzeć. Nie jest to teraz ważne. Ale za to istotne są dzisiejsze polskie filmy. Nagle wysypało sie dobrodziejstwo polskiej kinematografii. Osławiona "Wojna polsko-ruska", wszędzie omawiany "Rewers", niedoceniony (ponoć) przez ogół "Dom zły" no i na koniec "Wszystko co kocham" na który legną tłumy. Odpuśćmy sobie na dzień dzisiejszy "Wojne..." i "Dom zły", a zajrzyjmy w "Rewers" i "WCK". Obydwa filmy sięgają XX wieku, ale tych lat, które kompletnie mi są nie znane. Lata '50 jak i '80 jawia mi się w przeszłości tak samo jak średniowiecze czy renesans. Jestem dzieckiem demokracji i internetu. Wolnej Polski. Rewers jednogłośnie uznano za arcydzieło o czasach stalinowskich. Ale mi te okreslenia nic nie mówią. Sadziłam, że po obejrzeniu filmu zrozumiem na czym ten geniusz polega. Niestety, przeliczyłam się. Nie zrozumiałam. Nie odnalazłam tego przesłania, które tak wychwalają dzisiejsi 50-ciolatkowie. Kolejny dowód na to jak mało wiem, jak młoda i niedoświadczona jestem. Kolejny (poza metryką) dowód, że nie żyłam w tamtych czasach. Przebolałam moją ignorancje wobec Rewersu i sięgnęłam po "Wszystko co kocham". Tym razem cofnęłam sie do lat '80 i odkryłam drugą stronę monety. Tą stronę której nie widziałam w latach '50. Może i tematyka inna, może i czas inny, może i wszytko jest inne w tych dwóch filmach. Ale po wyjściu z kina po pierwsze stwierdziłam, że to jest "Rewers" dla młodych ludzi. A po drugie miałam ochote stanąc na środku rynku i zacząć krzyczeć. Dlaczego? Nie mam pojęcia... no dobra, mam pojęcie ale nie chce sie do niego przyznać. Nie dość, że "Wszytko..." pokazało mi, w sumie nawet w dość lekki sposób, czas wprowadzenia stanu wojennego, to w dodatku dotknęło mnie osobiście. Przy Lankoszu tego nie moge powiedzieć, nie widziałm siebie ani mojego świata w żadnym jego kadrze. Za to tutaj cały czas coś się we mnie ruszało. I zapewniam, że to nie był ani dzisiejszy obiad ani tym bardziej tzw. fasolka. Porostu ten obraz potrząsnął mną od środka. Zapewne jest to kolejny film który odbieram osobiście, doznawając czasami deja vu, nawet w wyglądzie aktorów. Być może też taki jest cel, by uosabiać się z młodzieżą tamtych czasów i widzieć tylko jedną różnice między nimi a nami: my nie mamy się przeciwko czemu buntować.
niedziela, 27 grudnia 2009
Enough, enough now
niedziela, 29 listopada 2009
Wyciskając sok pomarańczowy z cytryn
Przyśpieszony wykład z filozofii potrafi zdemotywowac chyba każdego. Nie dość, że w przeciągu półtorej godziny długopis w mojej ręce praktycznie rozgrzał się do czerwoności, to na dodatek mój umysł nie był w stanie nadgonić myśli które przekazywał nam wykładowca. Dla niego wiele rzeczy było oczywistych, albo z kolei tak łatwo już operował filozoficznymi definicjami, że nawet nie zdawał sobie pewnie sprawy, że ktoś danego terminu może nie znać. Ba, żeby to tylko były niezrozumiałe terminy filozoficzne. Ale nawet zwykłe polskie wyrazy były mi nieznane. Bo gdzie ja bym się mogła spotkać z "dyskursem" albo "transcendencją" czy też "immanencją". Chociaż jedno z takich dziwnych słów było mi już znane. Ale to był przypadek. Bo kiedyś, szukając synonimu do słowa "analiza" natrafiłam na "egzegezę". Ale nie o moim ubóstwie językowym, czy też kompelksach pana od filozofii, chciałam pisać. Wykład ten został zwieńczony filmem. Filmem który przypomniał mi lekcję języka polskiego w liceum i pytanie jednego z moich kolegów: "a może autor wcale nie miał tego na myśli, tylko my to tak interpretujemy?". I do dzisiaj mnie to pytanie prześladuje. Bo interpretacja dzieł, i to nie tylko książek czy poezji, jest dosyć swobodna. Oczywiście mówie o interpretacji własnej, pozaszkolnej. I być może właśnie przez te luźne ramy w pewnym momencie możemy coś nadinterpretować. Zaczynamy dostrzgać motywy o których autor dzieła nawet przez ułamek sekundy nie pomyślał. W takim razie gdzie leży granica pomiędzy tym co faktycznie powinniśmy odczytać a tym co nasza własna imaginacja zaczęła dostrzegać? A może w sztuce właśnie o to chodzi by ta granica była ruchoma? By każdy z nas mógł dzieło odnieść do siebie a nie do sztywnych zasad interpretacji jaką wpajają nam w szkole? Tak czy inaczej film "Z-boczona historia kina" jest z pewnością zhiperbolizowaną filozoficzną analizą znanych filmów. Ale ogląda się go świetnie, z uśmiechem na ustach. Jeśli miałabym możliwość wyboru wykładowcy filozofii to Slavoj Žižek byłby moim numerem jeden. On nie używa "mądrych" słów, i "dziwacznych" pojęć. On pokazał filozofie w filmach. Wybrał ciekawe przykłady, znane wszytkim i zauważył w nich coś co mi by nie przyszło do głowy nawet po zazyciu narkotyku. Pewnie nawet i twórcy nie mieli tak dalece idacych wniosków jak Žižek. Ale przez to "Z-boczona historia kina" zaciekawia widza. Zapewniam, że po tym filmie nikt nie powie że filozofia jest nudna, nieciekawa czy męcząca. A i może dowiemy się, że nasz ulubiony film ma w głębi sobie więcej ukrytych znaczeń niż możnabyłoby się spodziewać. |
Archiwum
Ostatnie wpisy
|