Kategorie: Wszystkie | bigrafia
RSS
poniedziałek, 01 sierpnia 2011
Schizofrenia

"ładna schizofrenia" 

I co? Da się z nią żyć? Czy dwie osoby w jednym ciele potrafia niezależnie działać czy jedna MUISI zdominować druga? 

20:42, ines.rafka_szagun
Link Dodaj komentarz »
środa, 25 maja 2011
Być może w dzisiejszym świecie komuterów, pomimo całego rozwoju ludzkości zatracilismy to co najważniesze?

Czemu takie rozmyślania mnie naszyły? 

Primo: tegoroczna sesja zapowiada się pod znakiem  Przystanku Alaska

Secudno: tegoroczna sesja bardziej niż wszystkie poprzednie napawa mnie bezsensownością nauki

Tertio: istnieją młodzi ludzie, którym nie jest potrzebny prąd, internet czy ciepła woda, i to nie na Alasce lecz w samym środku dużego miasta. 

21:36, ines.rafka_szagun
Link Dodaj komentarz »
środa, 02 marca 2011
Zaczynając pogoń za marzeniami!

Czas sobie odpowiedzieć na pytanie: co chce w życiu robic?

Czas przestać tracić godziny na bezsensowne przeglądnie internetu.

Czas zacząc działać w zależności od odpowiedzi na powyższe pytanie.

Tak, nadszedł właśnie ten czas.

Wiem co chę zrobić.

Wiem jak to zrobić.

Modlę się tylko aby mój zapał nie upadł przy pierwszym niepowodzeniu.

Błagam tego Kogoś na górze bym choć raz wytrwała w swoich postanowniach.

Proszę właśnie Jego o siłę, bo znam siebie i wiem jak łatwo się poddaję.

Walcz. Walcz Aga. Choć raz w życiu.

 

 

!

 

21:55, ines.rafka_szagun
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 25 maja 2010
Imię Róży

Już za chwile półmetek naszego 2010 roku. Festiwal w Gdyni dopiero przed nami, a w kinach już zdążyło pojawić sie parę filmów z nim związanych. I jednym z nich jest "Różyczka". Nie wiedzieć dlaczego ale jakoś jego premiera przeszła gładko i wręcz niezauważalnie, poza nieszzczęsnym sporem odnośnie Pawła Jasienicy. A szkoda. Bo wydaje mi się że ten film zasługuje na więcej. Jak to ze mną często bywa najpierw oglądam film a dopiero po tym czytam o nim recenzje. Nawet czasami mi się zdarzy pójść na seans o którym naprawdę mam małe pojęcie. I tak było tym razem. O "Różyczce" jedynie wiedziałam, że jest to polskiej produkcji film, znałam obsadę i plakat był strasznie podobny do Elegi. Stwierdziłam, że skoro plakat jest taki a nie inny, więc nawiązuje do jakiegoś tam melodramatu, którego notabene nie widziałam ale z góry założyłam, że będzie to film gładki do przełknięcia w niedzielne popołudnie. I jakże się myliłam! To w żaden sposób nie jest gładki film. Nie można go swobodnie oglądnąć na podwieczorek. "Różyczka" nie tylko wywarła na mnie spore wrażenie, ale również mnie zaskoczyła i zauroczyła. Zaskoczenie było spowodowane tym, że nastawiłam się na zupełnie coś innego. Wrażenie było wynikiem tego, że ten film podnosi polską kinematografie. Nie mówię, że to jest dzieło wybitne, ale miło iść do kina na polska produkcje i stwierdzić, że jest to naprawdę bardzo dobry film. A czym mnie zauroczył? Obrazem. Co prawda na seansie byłam po zajęciach operatorskich i cały czas "myślałam kadrami". Ale to mnie uwrażliwiło na sceny. Które były wręcz śliczne. Najbardziej zapadł mi w pamięci moment gdy flaszka wódki rozbija się o ścianę. Ale żeby nie było apoteozy trafił sie też gorszy moment. Chociaż może nie tyle gorszy co niepotrzebny. Jak dla mnie ujęcie po scenie z otwartym balkonem nie jest potrzebne. Widz nie musi mieć wszystkiego na tacy by wiedzieć. Aha, i żeby nie było, że nie ostrzegałam. Co prawda na sali kinowej jest ciemno ale jak ktoś się czerwieni na scenach erotycznych to tutaj radze zaopatrzyć się w opakowanie pudru. Jednak te momenty miały w sobie coś co stanowiło, że nie czuło się przesytu seksem, ani też nie odczuwało sztuczności, która często się wkrada przy takich scenach. "Różyczka" z erotyzmem poradziła sobie znakomicie. Myślę, że na sali nie tylko mi serce zaczęło bić szybciej. Właśnie… serce biło, a nie podniecenie szalało. To dwie różne sprawy.

Tagi: dramat
00:50, ines.rafka_szagun
Link Dodaj komentarz »
środa, 19 maja 2010
Dręczyciel, gnębiciel...

Czy nie miewacie czasami wrażenia, że coś albo ktoś was prześladuje? Oczywiście nie mam na myśli złowrogich postaci w czarnych płaszczach wychylających się zza rogu ulicy. Myślę raczej o takich sytuacjach jak spoglądanie na zegarek codziennie o tej samej godzinie, albo że na każdym kroku widzicie tą samą rzecz etc. Moim ostatnim prześladowcą jest Ewan McGregor. O ile można to uznać za prześladowanie a nie po prostu za szybko rozwijającą się karierę aktorską. Zwał jak zwał, co nie zmienia faktu, że ostatnimi czasy ciągle go widzę na ekranie. A zaczęło sie od nieszczęsnego "Do diabła z miłością". Przyznaję, że dzisiaj nie mam pojęcia dlaczego ten film obejrzałam, i jakim cudem udało mi się dotrwać do napisów końcowych. Nie będę się rozwodzić na ten temat, bo jak dla mnie film po prostu kwalifikuje sie do szuflady pt. "Czasem trzeba w całości obejrzeć film, chociaż po to by móc stwierdzić, że nie warto go było oglądać do końca". Jedyne co wyciągnęłam z tego seansu był McGregore. Właśnie wtedy pierwszy raz rzucił mi się porządnie w oczy, i do dzisiaj mi sprzed nich nie schodzi. Przeglądając właśnie jego filmografię zastanawiam się jakim cudem ja go wcześniej nie zauważyłam? Przecież grał w "Nocnej straży”, "Helikopterze w ogniu" czy "Wyspie". Logiczne jest, że go nie "wychwyciłam" w Gwiezdnych wojnach, które jakoś mój organizm nie toleruje, oraz mogłam przegapić jego gościnną role pośród setek odcinków Ostrego dyżuru, ale to, że dopiero teraz sobie uświadomiłam, że to on był Rentonem z "Trainspottinga" jest niewybaczalnym błędem. Jednocześnie moim błędem jak i zwycięstwem Ewana. Bo naprawdę dobrym aktorem jest człowiek który grając w różnych filmach stwarza różne kreacje, zupełnie do siebie niepodobne. I tak gloria McGregora trwała do momentu aż zaczęłam bezbłędnie kojarzyć go z filmu na film. Bo dzisiaj gdzie nie spojrzę tam Ewan. Anioły i demony - McGregor, Autor widmo - McGregor, Człowiek który gapił się na kozy - McGregor... I nagle zaczęłam uświadamiać sobie, że kojarzę jego grę aktorską. Widzę go na ekranie i już wiem czego się spodziewać. Oglądam zwiastun "I Love You Phillip Morris" i mam wrażenie, że tego gościa dobrze znam i wręcz wiem jak zagrał w tym filmie. Ale i tak mam zamiar wybrać się do kina na tą komedie (dramat?) chociażby po to żeby zweryfikować swoje podejrzenia. Co prawda mam do nadrobienia jeszcze jeden (podobno) mocny punkt McGregora jakim był "Moulin Rouge!", ale sądzę że poczatek jego kariery był o wiele bardziej udany i wyrazisty niż w obecnej chwili. Dzisiaj on chodzi za mną krok w krok, ale ciągle pozostając niewyraźnym dziennikarzem zamiast porządnym ćpunem.

Tagi: osoba
18:42, ines.rafka_szagun
Link Dodaj komentarz »
sobota, 03 kwietnia 2010
Ścigając niedoścignione.

Chyba nie ma osoby takiej, która nie chciałby być kimś więcej niż tylko sobą. Mieć coś, czego nie mają inni. Być kimś, kim nie jest nikt inny. Robić coś, czego nikt inny nie potrafi. Więc pogdybajmy sobie trochę. Usiądźmy w wygodnym fotelu, spójrzmy na zimowy widok za oknem i pomyślmy co by było gdybyśmy byli najlepsi w tym co robimy. Co by było jakbym nie była tylko zwykłą studentką matematyki, która nierzadko miewa problemy z teorią miary, ale byłabym genialną matematyczką, która potrafi udowodnić każde twierdzenie? Czy wtedy też byłabym taka jaka jestem, czy wkońcu czułabym się spełniona, a może jednak wciąż by mi czegoś brakowało? Czy też może popadłabym w odchłań samozachwytu, albo wręcz przeciwnie zamknąłabym się na cztery spusty? Tak czy owak, to tylko moje gdybania. W żaden sposób nie zanosi się na to bym zdobyła medal Fieldsa. Ale marzyć o nim moge zawsze. Lecz nie myślcie sobie, że z powodu sesji i wyrzutów sumienia, że się do niej nie uczę, naszły mnie myśli o geniuszu matematycznym. Egzaminy sa tak realne, że bez nauki na geniusz nie mam co liczyć, ale za to filmy rozbudzają moją wyobraźnie. I tak oto żeby jeszcze na 2 godzinki odłożyć nieuniknioną naukę postanowiłam obejrzeć film. Żeby nie było, że czas przeznaczony na naukę analizy matematycznej poświęcam bylejakiemu filmowi, wybrałam coś na temat - "Buntownik z wyboru". Ale równie dobrze w miejsce "geniuszu matematycznego" można w tej opowieści wstawić każdy inny ponadprzeciętny talent. Czy urzekł mnie ten film? Musiał. Połączenie świetnego scenariusza z grą aktorską (niech mnie zbiory otwarte pokryją jesli Robin Williams nie jest klasą sam dla siebie) daje naprawde dobry film. Porządnie zrobiony i przedewszytkim niezapomniany. Który stawia twierdzenia bez dowodów. To my sami musimy zmagać się z postawionymi (koniec końców przez samych siebie) pytaniami. Może i jestem już przesiąknięta problemami matematycznymi, i nie wyobrażam sobie studiowania czegość tak płynnego jak nauki humanistyczne, ale to nie jest film wyłącznie dla takich osób jak ja. On nadaje się nawet dla tych co nie wiedzą co to całka. Bo pytania które stawia ten film nie znajdują się w zakresie matematyki, to raczej coś w stylu "mieć czy być".

01:24, ines.rafka_szagun
Link Dodaj komentarz »
wtorek, 09 lutego 2010
Zatracony kryminał

Powieści kryminalistyczne są moją małą słabostką. Chociaż nie wiem czy "mały" to najlepszy przymiotnik po przeczytaniu tysięcy kartek powieści Agaty Christie, Doyle’a czy innych przypadkowych kryminałów i powieści detektywistycznych. Do tego dziesiątki odcinków Monka czy ostatnio namiętne oglądanie CSI: Las Vegas. Więc jakby nie patrzeć klasykę kryminalistyki mam opanowaną i dlatego podejmę się wypowiedzi odnośnie najnowszego Sherlocka Holmesa. Po ochach i achach związanych z premierą i aktorami nie miałam pojęcia jak mógłby ten obraz wyglądać. Nie miałam za specjalnych oczekiwań ani tym bardziej uprzedzeń. Ale pomimo tego się zawiodłam. Niby wszytko jest pięknie i ładnie. Dobrze, nawet bardzo dobrze zagrane role, świetne efekty cieszące oczy, pełno akcji. W zasadzie nawet nie można powiedzieć, że to jest zły film. Bo on jest bardzo dobry, ale... ale jest to "ale". Moim pierwszym "ale" była sama postać Sherlocka, drugim zbyt bajeczne przedstawienie XIX-wiecznej Anglii, i trzecim zbyt szybka akcja. Zaczynając od końca:

Akcja: do fabuły nie ma sensu się przyczepić, ale sprowadzenie jej do ciągłej pogoni  i bijatyk było jak dla mnie błędem; do tego męczące migawki odświeżające pamięć w chwili wyjaśnień stawiają ten kryminał bliżej filmu akcji; zrobił się z tego taki Indiana Jones, film przygodowy dobry jako bajeczka a nie porządny kryminał, wymagający myślenia od widza; tempo nadane przez rozwój fabuły nie pozwalało na jakiekolwiek wątpliwości, zastanowienia i szukania innych możliwych rozwiązań niż te które aktualnie dzieją się przed oczami; poprzez brak chwili wytchnienia film został obdarty z tego co najbardziej lubię w kryminałach czyli z zaskoczenia, nie mogłam się sprawdzić i sama dedukować, bo nie było na to czasu

XIX-wieczna Anglia: osobiście nie mam pojęcia jak wyglądały ulice w tamtym czasie ani jak się ubierano, zapewne wygląd został dopasowany do realiów ale jednak wszytko jest owiane bajką; ani przez chwile nie miałam nawet wrażenia, że to się dzieje na prawdę, było zbyt pięknie, zbyt czysto, zbyt teatralnie; takie zabiegi mają swój cel i on sie sprawdza w Harrym Potterze, Władcy pierścieni czy innych filmach gdzie uciekamy do innej rzeczywistości; ale XIX wiek to nie jest inny wymiar, to szara rzeczywistość, a my nagle dostajemy wytwór połączenia współczesności z XIX-wieczną scenografią

Holmes: do gry aktorskiej nie mam żadnego zarzutu, jednakże postać Sherlocka jest nierealna; o ile Doyle przedstawił go jako osobę inteligentna i nieomylną tak tutaj dorzucono jeszcze umiejętność sztuk walki, impertynencje i ognisty temperament; to już nie jest Sherlock jakiego znamy, to jest ktoś nowy; czy gorszy? może nie, po prostu inny, ktoś kogo trzeba na nowo poznać, a przecież zasiadałam przed ekranem z nadzieją odwiedzenia starego przyjaciela

To są moje osobiste anse i wynikają z czystego przywiązania do powieści kryminalistycznych. Ale żeby niebyło jednostronnie musze pochwalić za postać Watsona. O ile ktoś sie wypowiadał ,że nie mógł się przyzwyczaić do szczupłego "drogiego Watsona" tak dla mnie Jude Law wpasował sie idealnie w tą postać. Nawet mogłabym się skłonić do tego że postać doktora i więź między nim a Holmesm wypadły tutaj lepiej od pierwowzoru. Chociaż może to tez wynik przedstawienia głównych bohaterów jako pięknych i młodych, co znowu prowadzi nas na manowce bajki. Tak więc: realizmu za grosz, fortuna efektów, bogactwo akcji i... kolejna dobra komercja.

 

00:53, ines.rafka_szagun
Link Dodaj komentarz »
poniedziałek, 18 stycznia 2010
Aaaaaaaa!

Będąc dzieckiem... młodszym dzieckiem, jakieś parę lat temu widząc współczesny polski film nie będący komedią wręcz uciekałam sprzed ekranu. Może to był wynik mojego młodego wieku a może faktycznie wtedy nie było na co patrzeć. Nie jest to teraz ważne. Ale za to istotne są dzisiejsze polskie filmy. Nagle wysypało sie dobrodziejstwo polskiej kinematografii. Osławiona "Wojna polsko-ruska", wszędzie omawiany "Rewers", niedoceniony (ponoć) przez ogół "Dom zły" no i na koniec "Wszystko co kocham" na który legną tłumy. Odpuśćmy sobie na dzień dzisiejszy "Wojne..." i "Dom zły", a zajrzyjmy w "Rewers" i "WCK". Obydwa filmy sięgają XX wieku, ale tych lat, które kompletnie mi są nie znane. Lata '50 jak i '80 jawia mi się w przeszłości tak samo jak średniowiecze czy renesans. Jestem dzieckiem demokracji i internetu. Wolnej Polski. Rewers jednogłośnie uznano za arcydzieło o czasach stalinowskich. Ale mi te okreslenia nic nie mówią. Sadziłam, że po obejrzeniu filmu zrozumiem na czym ten geniusz polega. Niestety, przeliczyłam się. Nie zrozumiałam. Nie odnalazłam tego przesłania, które tak wychwalają dzisiejsi 50-ciolatkowie. Kolejny dowód na to jak mało wiem, jak młoda i niedoświadczona jestem. Kolejny (poza metryką) dowód, że nie żyłam w tamtych czasach. Przebolałam moją ignorancje wobec Rewersu i sięgnęłam po "Wszystko co kocham". Tym razem cofnęłam sie do lat '80 i odkryłam drugą stronę monety. Tą stronę której nie widziałam w latach '50. Może i tematyka inna, może i czas inny, może i wszytko jest inne w tych dwóch filmach. Ale po wyjściu z kina po pierwsze stwierdziłam, że to jest "Rewers" dla młodych ludzi. A po drugie miałam ochote stanąc na środku rynku i zacząć krzyczeć. Dlaczego? Nie mam pojęcia... no dobra, mam pojęcie ale nie chce sie do niego przyznać. Nie dość, że "Wszytko..." pokazało mi, w sumie nawet w dość lekki sposób, czas wprowadzenia stanu wojennego, to w dodatku dotknęło mnie osobiście. Przy Lankoszu tego nie moge powiedzieć, nie widziałm siebie ani mojego świata w żadnym jego kadrze. Za to tutaj cały czas coś się we mnie ruszało. I zapewniam, że to nie był ani dzisiejszy obiad ani tym bardziej tzw. fasolka. Porostu ten obraz potrząsnął mną od środka. Zapewne jest to kolejny film który odbieram osobiście, doznawając czasami deja vu, nawet w wyglądzie aktorów. Być może też taki jest cel, by uosabiać się z młodzieżą tamtych czasów i widzieć tylko jedną różnice między nimi a nami: my nie mamy się przeciwko czemu buntować.

23:28, ines.rafka_szagun
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 27 grudnia 2009
Enough, enough now

Święta Święta i po Świętach... Tradycyjnie nie obyło się bez Kevina i "Szklanej pułapki" plus "To właśnie miłość". Ten ostatni film jeszcze się nie znudził do obrzydzenia jak dwa pozostałe bo ani nie jest to wielki hit ani nie jest puszczany od 19 lat. Ale zdaje się, że również wpisze się do świątecznego repertuaru telewizyjnego. I szczerze mówiąc mam zmamiar go oglądac co roku. Pomimo tego, że jest nudnawy, że nie ma w nim oszałamiającej akcji, że nic się w nim nie dzieje, że może facetom on się wyda ckliwy, mdławy itp. itd. to ja darze te 135 minut wyjatkowym sentymentem. Bo każda z 10 historii jest niby o tym samym uczuciu zwanym (o zgrozo) miłością ale każda jest inna, niepowtarzalna, w innym stadium i przede wszytkim skierowana do innego widza. I chyba w tych poszarpanych opowieściach każdy gdzieś znajdzie niteczke wiążącą z jego własnymi doświadczeniami. Nie wiem dlaczego ale "Love actually" (polska nazwa przyprawia mnie o mdłości) pomimo swoich wad tworzy specyficzny kliamt. Oglądając go wkracza się w atmosfere miłości, świąt, nadziei, lekkiego humoru i jeśli kogoś taki świat nie urzekł to... nie bądźmy złośliwi w święta... to po prostu jego strata. Może i ja jestem zbyt subiektywna, bo zdaje się, że uległam fascynacji brytyjskim akcentem dwóch czołowych amantów Wielkiej Brytanii, bo niektóre tesksty odbieram zbyt osobiście, bo zazdrosze, bo uwielbiam angielski humor... Może i na pewno nie jestem obiektywna, ale po co komu obiektywizm gdy odczuwa się magie kina?

23:21, ines.rafka_szagun
Link Dodaj komentarz »
niedziela, 29 listopada 2009
Wyciskając sok pomarańczowy z cytryn

Przyśpieszony wykład z filozofii potrafi zdemotywowac chyba każdego. Nie dość, że w przeciągu półtorej godziny długopis w mojej ręce praktycznie rozgrzał się do czerwoności, to na dodatek mój umysł nie był w stanie nadgonić myśli które przekazywał nam wykładowca. Dla niego wiele rzeczy było oczywistych, albo z kolei  tak łatwo już operował filozoficznymi definicjami, że nawet nie zdawał sobie pewnie sprawy, że ktoś danego terminu może nie znać. Ba, żeby to tylko były niezrozumiałe terminy filozoficzne. Ale nawet zwykłe polskie wyrazy były mi nieznane. Bo gdzie ja bym się mogła spotkać z "dyskursem" albo "transcendencją" czy też "immanencją". Chociaż jedno z takich dziwnych słów było mi już znane. Ale to był przypadek. Bo kiedyś, szukając synonimu do słowa "analiza" natrafiłam na "egzegezę". Ale nie o moim ubóstwie językowym, czy też kompelksach pana od filozofii, chciałam pisać. Wykład ten został zwieńczony filmem. Filmem który przypomniał mi lekcję języka polskiego w liceum i pytanie jednego z moich kolegów: "a może autor wcale nie miał tego na myśli, tylko my to tak interpretujemy?". I do dzisiaj mnie to pytanie prześladuje. Bo interpretacja dzieł, i to nie tylko książek czy poezji, jest dosyć swobodna. Oczywiście mówie o interpretacji własnej, pozaszkolnej. I być może właśnie przez te luźne ramy w pewnym momencie możemy coś nadinterpretować. Zaczynamy dostrzgać motywy o których autor dzieła nawet przez ułamek sekundy nie pomyślał. W takim razie gdzie leży granica pomiędzy tym co faktycznie powinniśmy odczytać a tym co nasza własna imaginacja zaczęła dostrzegać? A może w sztuce właśnie o to chodzi by ta granica była ruchoma? By każdy z nas mógł dzieło odnieść do siebie a nie do sztywnych zasad interpretacji jaką wpajają nam w szkole? Tak czy inaczej film "Z-boczona historia kina" jest z pewnością zhiperbolizowaną filozoficzną analizą znanych filmów. Ale ogląda się go świetnie, z uśmiechem na ustach. Jeśli miałabym możliwość wyboru wykładowcy filozofii to Slavoj Žižek byłby moim numerem jeden. On nie używa "mądrych" słów, i "dziwacznych" pojęć. On pokazał filozofie w filmach. Wybrał ciekawe przykłady, znane wszytkim i zauważył w nich coś co mi by nie przyszło do głowy nawet po zazyciu narkotyku. Pewnie nawet i twórcy nie mieli tak dalece idacych wniosków jak Žižek. Ale przez to "Z-boczona historia kina" zaciekawia widza. Zapewniam, że po tym filmie nikt nie powie że filozofia jest nudna, nieciekawa czy męcząca. A i może dowiemy się, że nasz ulubiony film ma w głębi sobie więcej ukrytych znaczeń niż możnabyłoby się spodziewać.

Tagi: osoba
18:09, ines.rafka_szagun
Link Komentarze (1) »
 
1 , 2

O mnie


E-mail